Wiosenna finezja
Pierwsze przebiśniegi, które przebijają się spod jesiennych wyschniętych liści, coraz mocniejsze promienie słoneczne ogrzewające jeszcze wychłodzone powietrze to czas, kiedy z zimowego letargu budzi się do życia przyroda i ta rzesza wędkarzy, która jak brunatne niedźwiedzie podpadła w sen zimowy. Przedwiośnie, które sygnalizuje nam, iż wielkimi krokami zbliża wiosna, podczas której nasza przyroda wygląda jak spod pędzla największych artystów tego świata. Drzewa rumieniące się pierwszymi listkami i pąkami. To również czas planów na nowy sezon, nowe wędkarskie pomysły na spożytkowanie wolnego czasu wśród zieleniących się drzew, krzewów nad nizinnymi rzekami czy niewielkimi strumykami meandrującymi wśród leśnej gęstwiny.
Chwila refleksji
Ten okres w roku z niewiadomych dla mnie przyczyn zawsze będzie kojarzył się z lekkością i wewnętrznym uniesieniem. Być może w taki stan ducha, wprowadza mnie coraz mocniej grzejące słońce a być może ma na to wpływ, budząca się do życia przyroda, a być może jedno i drugie jednakowo. Nigdy się nad tym jednak mocno nie zastanawiałem, czas wiosny to dla mnie czas wędkarskiej finezji. Cóż to oznacza? Moim zdaniem wędkarska finezja to nic innego jak używanie bardzo delikatnych zestawów do połowu, jakby głaskanie lustra wody, niby nic a jednak. Porównując do jesiennego „orania” wody w poszukiwaniu np. sandacza dwudziesto czy trzydziesto gramowym zestawem jest wielką różnicą. Rzekłby ktoś, że ryzyko zerwania być może ryby życia jest duże, lecz moim zdaniem to tylko kwestia wprawy. W tym okresie właśnie najczęściej sięgam po najdelikatniejsze wędzisko, z reguły jest to wklejanka do kilku gram wyrzutu. Z niewielkim kołowrotkiem, na którym ma nawiniętą plecionkę od 0,04 do 0,08. Można też użyć żyłki w przedziale od 0,14 do 0,18 w zależności od umiejętności. Lecz ja osobiście od paru lat odszedłem od żyłek. Zwolenników plecionki jest tyle samo, co i przeciwników, nie chcą wymieniać tych wszystkich argumentów już dobrze wam znanych zacytuję staropolskie przysłowie, które chyba trafnie określi wszystkie za i przeciw ”do póki nie spróbujesz nie będziesz wiedział jak to smakuje”. Owszem plecionka jest przede wszystkim sztywniejsza i ma mniejszą rozciągliwość, lecz kontakt z przynętą jest zasadniczo lepszy. A samą jej sztywność zapobiegając, tzw. spadom możemy wyrównać do zera za pomocą dobranego kija o akcji pół parabolicznej lub parabolicznej – kwestia upodobań, który zamortyzuje nam odjazdy oraz dobrze wyregulowanym hamulcu w naszym kołowrotku. Jeżeli chodzi o przynęty to w tym okresie najczęściej przeze mnie używanymi są woblerki do 3 lub 4 cm. W stonowanych kolorach jak najbardziej przypominających narybek, który możemy spotkać o tej porze roku na danej wodzie. Choć nie brakuje w moich pudełkach woblerów z jaskrawymi dodatkami. Nie można zapomnieć o wszelkiego rodzaju przynętach imitujących swym wyglądem wszelkiego rodzaju owady czy płazy. Również niewielkie obrotówki w rozmiarach najczęściej przeze mnie używanych od podwójnego zera do maksymalnej dwójki. Zarówno te z szerszym jak i węższym skrzydełkiem uzbrojonym często w chwosty. Nie mogłoby zabraknąć różnych gumowych przynęt, niewielkich twisterów czy żabek, raczków itp. Tak wyposażony pakuję plecak, wodery i wyruszam gdzie nogi poniosą.
Cel i alternatywa celu
Możliwości kierunków wyjazdów nad wodę jest wiele, lecz ja należę do tych, którzy dziennie swoje muszą wydreptać, więc pierwszą moją propozycją są duże nizinne rzeki. Marzec i kwiecień to czas, kiedy nad tymi wodami obficie żerują jazie i klenie nabierając sił przed tarłem. Skuszoną obfitością pokarmu, który wypłukiwany jest wiosennymi wezbraniami. Tłumnie gromadzą się wzdłuż brzegowych opasek, materacy, faszyn, zatopionych głazów czy korzeni drzew. Nie opuszczając głównego nurtu rzeki trzymają się jego skraju tu gdzie prądy rzeczne spowalniają na wszelkiego rodzaju napływach, tuż za zakrętami gdzie rozpędzony nurt rzeczny spowalnia rozbijając się o wszelkie przeszkody. Nie nadwerężając sił zbierają pokarm, który niesie im rzeka. Gdy przedwiośnie jest stosunkowo ciepłe po bardzo krótkiej zimie lub jej prawie braku, co w ostatnich latach daje się mocno zauważyć, okres ten może ulec znacznemu skróceniu i już pod koniec lutego lub z początkiem marca możemy zaobserwować nad wodą, intensywnie żerujące stada tych ryb. Alternatywą dla dużych nizinnych rzek są oczywiście wszelkie leśne strumyki, meandrujące pośród morenowych wzgórz, często mocno porośnięte gęstymi krzakami, zaroślami czy też drzewami. Pełne wszelkiego rodzaju kryjówek między zwaliskami drzew czy dołkami, które ukształtował prąd rzeczny. W takich wodach zaliczanych przeważnie do wód górskich, choć nie koniecznie muszą znajdować się w górach złowić możemy klenie, jelce, jazie, lecz głównym jej mieszkańcem jest oczywiście pstrąg potokowy. Ta waleczna i jakże ostrożna ryba, to nie lada zdobycz o tej porze roku. Jeszcze początkiem stycznia można było spotkać go na płytszych i prostych odcinkach z wolniejszym nurtem, lecz teraz, kiedy już praktycznie powrócił do pełni sił po jesiennym tarle zaczyna zajmować głębsze miejsca z coraz szybszym nurtem. Gdzie siedząc w swojej kryjóweczce, bacznie obserwuje wodę i to, co ona niesie a co mogłoby stać się jego pokarmem?
Przynęty i sposoby ich wykorzystania
Tak jak już wcześniej wspomniałem wiosenne wędkowanie to dla mnie czas wędkarskiej finezji, wiąże się to nie tylko z wykorzystanie delikatnego zestawu do połowu, ale również z użyciem najmniejszych przynęt, które mogą lub przypominają swym wyglądem wszystko to, co obecnie fruwa, pełza, łazi nad wodą. Wiosna to czas, kiedy dotychczasowe doświadczenie, jakie każdy z nas zdobył obserwując wodę może przynieść niesamowite efekty w postaci niezłych połowów. Wspomniane już wcześniej obrotówki dobrze imitują to, co na wodę spada, czyli wszelkiego rodzaju owady. Rzucając pod prąd, ściągamy ją z prądem lub w poprzek nurtu tuż pod powierzchnią wody. Gdy chcemy poprowadzić ją nieco głębiej wystarczy szczytówkę wędki zbliżyć do lustra wody. Czasami warto też zarzucić wspomnianą blaszkę z prądem rzeki. Wówczas prowadzimy ją tak wolno jak to tylko możliwe, często przytrzymując, pozwalamy by prąd rzeczny nią pracował, obławiając w ten sposób wszystkie zawirowania i spowolnienie nurtu. Jeżeli chodzi o wykorzystanie wszelkiego rodzaju woblerów imitujące płazy to nie mają one sobie równych w czasie, kiedy nad wodą pojawiają się ich odzwierciedlenia. I tak, kiedy po ciepłej i krótkiej zimie pierwsze żaby pojawiają się nad wodą wtedy zarzucona z nurtem woblerowa przynęta swym wyglądem przypominającym zielonego rechoczącego płaza z częstym przytrzymaniem jej lub popuszczeniem linki może skusić dorodnego pstrąga czy klenia do wyjścia ze swej kryjówki. Nieco inaczej używam tego samego rodzaju płazo – podobnych lecz gumowych przynęt. Obławiam nimi wszelkie dołki, zwaliska czy podmyte korzenie drzew gdzie ciężko jest wprowadzić woblera czy obrotówkę. Staram się trafić tuż przed takie miejsce i pozwolić by woda wprowadziła przynętę w sam środek, delikatnie poszarpując szczytówką pozwalam jej opaść, i takimi skokami prowadzę ją po dnie. Czasami też warto podciągnąć ją tuż pod lustro wody i znowu pozwolić jej opaść wraz nurtem, co może skusić rybę do brania podczas naturalnego opadu. Wszelkich imitacji żuków, chrabąszczy czy najpopularniejszego wśród wodnych owadów pływaka żółtobrzeżka używam tak samo jak wcześniej wspomnianych woblerów. Prowadzone pod prąd z częstym zatrzymaniem przynęty np. na przelewie lub w warkoczu niejednokrotnie skusił już dorodnego klenia do ataku. Często też wędkując na małych leśnych rzeczkach sprawdza się. Wspomniany już żółtobrzeżek to chyba relikwia wędkarska i jedyny w swoim rodzaju owad nad owadami. Można by mu poświęcić osobny tekst a może nawet całą książkę. Najciekawszy jednak jest sposób pobierania tlenu przez tego owada. Pędząc w nurcie rzecznym z maksymalną prędkością 50 cm na sekundę zatrzymuje się i wypływa by końcówką odwłoka, która jako pierwsza zostanie wyniesiona na powierzchnię wody nabrać tlenu i nurkuje z powrotem. Taki cykl powtarzany jest od 4 do 7 razy na godzinę. Takie prowadzenie przynęty poprzez powolne ściąganie go pod prąd z popuszczaniem linki by wypłynął na powierzchnię i za chwilę znów schował się w wodzie. To właśnie jeden z najbardziej naturalnych sposób prowadzenia przynęt imitujących wszelkiego rodzaju żuki czy chrabąszcze, który bardzo często skutkuje niesamowitymi efektami brań dorodnych jazi, kleni czy też pstrągów potokowych.
Smutny epilog
Spacerując często nad różnymi rzekami nie trudno zauważyć śmieci walające się wszędzie, czy to płynące z wodą czy też na nabrzeżach. Jest to smutny i odrażający widok degradacji środowiska naturalnego, do którego dopuścił się człowiek a w szczególności wędkarze – śmieciarze. Dbajmy, zatem zabierając znad wody przynajmniej to, co nad nią przynieśliśmy, bo może się okazać, że za kilkanaście czy kilkadziesiąt lat będziemy mieszkać w jednym wielkim śmietniku a tego chyba nikt z nas nie chce.




