Noworoczne trociowanie
Pamiętam jak dziś swoją pierwszą trociową eskapadę. Ot tak, spontanicznie, ktoś rzucił hasło rozpoczynamy nowy sezon trociowy nad Parsętą, pomyślałem czemu nie?, tym bardziej że od dawna planowałem już podróż na północne rzeki Pomorza. Tak właśnie kilkanaście lat temu pierwszy raz przeżyłem sylwestra wraz całym trociowym ceremoniałem inaugurującym rozpoczęcie sezonu i stanąłem oko w oko z najpiękniejszą pomorską rzeką oraz rozpocząłem swoją przygodę z trociami, a ściślej mówiąc złapałem wirusa nieuleczalnej już aktualnie choroby zwanej „salmonidozą”. Dziś z perspektywy czasu wiem ile wtedy popełniłem błędów jadąc kompletnie nieprzygotowany do spotkania z jedną z najwspanialszych i zarazem najbardziej chimerycznych ryb występujących w naszych rzekach, ale cóż człowiek przecież uczy się na błędach.

Noworoczne połowy
kojarzą się głównie z tłumami wędkarzy, którzy zjechali tu z całej Polski na ten wyjątkowy jeden, jedyny dzień w roku czyli inaugurację sezonu trociowego. Niektórzy po ciężkich domowych awanturach inni po kilkunastu godzinach podróży z najodleglejszych zakątków Polski jeszcze inni zaś wprost z zabawy sylwestrowej, jednak wszystkich łączy jedna myśl – troć lub łosoś choć już rzadziej występujący a najlepiej komplet!!!
Mając jednak na uwadze tak olbrzymią konkurencję wędkarskiej braci dziś po kilkunastu rozpoczęciach sezonów trociowych nad różnymi pomorskimi rzekami wiem że złowienie troci w pierwszych dniach to nie przypadek, jednak by tak się nie stało, trzeba się starannie do tego przygotować. Jest wiele czynników, której mają wpływ na efekt naszych połowów trociowy, jednak na część z nich nie mamy kompletnie wpływu jak np. wielkość ciągu tarłowego oraz wysokość stanu rzek, dlatego skupmy się na tych dzięki którym nasze szanse mogą znacznie wzrosnąć a ryzyko porażki możemy zminimalizować prawie do zera.
Ryby te nauczyły mnie na pewno pokory i dystansu. Tak więc swoją pierwszą tegoroczną wyprawę planuję z największą starannością i dbałością o szczegóły. Zaczynam przygotowywać się dużo, dużo wcześniej, siedząc nad mapami przyjmuję zawsze dwa lub nawet trzy warianty. Myślami przywołuje miejsca dobrze mi znane i staram się wyeliminować te w których tłum wędkarzy będzie okupować miejscówki już od bladego świtu, bo jak mawiają ci najstarsi trociarze „lepsze kilka godzin w samotności niż kilka dni w tłumie”. Kilkanaście minut dobrego marszu od miejsca parkingowego, bez możliwości dojazdu samochodem, obrośnięte brzegi, trudne do podejścia miejsca do których na początku rzadko kto dotrze, w związku z czym nasze szanse właśnie zrosły o kilkanaście procent.
Nie zabieram ze sobą zbyt dużo przynęt by nie obciążać się zbędnym balastem, choć w aucie lub na kwaterze zawsze mam w rezerwie ze sobą wszystko, ot tak na wszelki wypadek. Tak więc jedno pudełko z wyselekcjonowanymi przynętami w którym znajdzie się na pewno kilka woblerów płyciej i głębiej schodzących, w tym tonące i pływające o fluo bądź też bardzo jaskrawych kolorach. Trociowy wobler musi charakteryzować się jeszcze jedną rzeczą a mianowicie jego praca musi być bardzo agresywna, czyli ostro zamiatać ogonem tak by można bez problemu wyczuć jego pracę na wędzisku. Warto też zabrać kilka wahadeł i cięższych obrotówek miedzianych bądź mosiężnych lub jeszcze innych pomorskich wynalazków. Na różny rodzaj siły nurtu, głębokości bądź też odległości na jakie trzeba będzie posłać przynętę. Wszystko bardzo łatwo dostępne tak by zmiana wabika odbywała się możliwie szybko i bez wykonywania zbędnych ruchów. I choć kotwice i kółka łącznikowe w przynętach sprawdziłem dużo wcześniej to zawsze mam przy sobie ostrzałkę do kotwic, która niejednokrotnie uratowała moje połowy.

Wędzisko
co najmniej trzy metrowe o szczytowej akcji tak by można szybko z nadgarstka zareagować na branie, ale które później pod większym obciążeniem przejdzie w pół parabolik i umożliwi nam zamortyzowanie młynków, świec i wszystkich innych sztuczek którymi będzie próbować zaskoczyć nas troć by się uwolnić. Gramatura takiego kija w zależności od upodobań łowiących nie przekracza raczej osiemdziesięciu gram jednak ja osobiście lubię te bardziej finezyjne kije, w gramaturze nie przekraczającej pięćdziesięciu gram. Kołowrotek musi charakteryzować wielkość proporcjonalna do wagi tak by nie męczyć ręki podczas całodziennego łowienia, hamulec który nie może nas zawieść podczas holu i pojemność szpuli która pozwoli nam pomieścić nam co najmniej 150 do 200 metrów linki. A co do samej linki to zawsze przygotowany jestem na dwa sposoby. Gdy nie ma zbyt wysokiego mrozu i istnieje możliwość to zawsze łowię plecionką, jednak w rezerwie ma zapasową szpulę z żyłką na wszelką inną okoliczność.
Równie ważnym elementem zimowych eskapad jest ubiór, który nie powinien krępować naszych ruchów. Producenci oferują nam dzisiaj szeroką gamę odzieży oddychającej zaczynając od bielizny a kończąc na spodniach i kurtkach bądź też całych kombinezonach, tak więc trzeba tylko dobrać ubiór według własnych potrzeb i zasobów finansowych. Dopełnieniem takiego zestawu z pewnością będzie ciepła czapka, rękawiczki by zagrzać zmarznięte dłonie oraz okulary polaroidowe w przypadku, gdyby słoneczko zaczęło się mocniej odbijać od zalegającego np. śniegu. Do tego termos z gorącą herbatką, kilka kanapek i koniecznie coś słodkiego bo nic tak nie pobudza i dodaje sił jak zastrzyk energii w postaci choćby dwóch kostek czekolady. Tak przygotowani możemy już wyruszyć nad rzekę.

Trociowe miejscówki
to kolejny ważny element całej układanki, tak więc pamiętać należy że zimowe salmonidy to przede wszystkim ryby zmęczone tarłem, które w drodze powrotnej głównie odpoczywają. A więc podstawowymi miejscówkami na kletową troć będą wszelkie proste odcinki z równym uciągiem, które łatwo będzie można obłowić każdą przynętą. Oddając głównie rzuty pod drugi brzeg i sprowadzając przynętę siłą nurtu lub też prowadząc ją za pomocą pracy kołowrotka. Kolejnym miejscem, w którym możemy spodziewać się odpoczywającej troci są zakręty a dokładnie miejsca w których nurt znacznie zwalnia z wszelkimi wstecznymi prądami bądź też zwaliskami za którymi woda często tworzy wielkie dziury lub rynny. Miejsca te warto obłowić woblerami spuszczając je na maksymalną głębokość tak by paradowały pod wodą kusząc swym wdziękiem. Zimowe łowienie salmonidów nauczyło również że obławiając daną miejscówkę warto czasami o ile jest to możliwe przesunąć się kilka kroków tak by przynęta zaprezentowała się z innego kąta bądź też w innym świetle a skutki takiego ruchu są często bardzo zaskakujące.

Troć
to ryba szczególna więc i szczególnym trzeba obdarzyć ją podejściem. Wśród łowiących je wędkarzy daje się wyraźnie odróżnić dwa sposoby jej łowienia a mianowicie „biegacze” i „dłubacze”. Ci pierwsi lecą od miejscówki do miejscówki oddając po kilka rzutów, ci drudzy zaś potrafią przestać pół dnia a czasami nawet cały w jednym miejscu „dłubiąc” czyli oddając rzut za rzutem w oczekiwaniu na moment brania. Jest jeszcze trzecia trochę pośrednia, która wykształciła się z wyżej wspomnianych, którą ja osobiście preferuję a polegająca na sumiennym i dokładnym obławianiu kolejnych miejscówek używając przede wszystkim wyobraźni i wszelkich znanych nam trików i sposobów na każdej z nich. Bez pośpiechu i nie zważając na kolejnych wyprzedzających nas wędkarzy. Prawdopodobieństwo że wędkarz, który starannie i sumiennie obławia kolejną miejscówkę jest znacznie większe że złowi on rybę niż ten, który zmienia kolejne miejscówki lub ten który stoi w jednym miejscu. A satysfakcja będzie tym większa że ryba ta została złowiona ponieważ użyliśmy wszystkich swoich atutów. A to co się stanie będzie kolejnym fantastycznym doświadczeniem które zaowocuje z pewnością przy kolejnych wyjazdach. Czego wam i sobie życzę w nadchodzącym sezonie 2012.

Fenwick – EliteTech Walleye Jigging

Od autora
Jesień dla mnie to czas intensywnych połowów, których głównym celem jest rodzina okoniowatych, reprezentowanych przez sandacza i okonia. Jednakże, aby z powodzeniem łowić ten rodzaj drapieżnika należy się solidnie przygotować. Głównie wędkuję z łodzi, a zatem bardzo istotnym, a może nawet jednym z najważniejszych elementów mojego wyposażenia jest wędzisko, które umożliwi mi swobodny i niczym nieograniczony połów oraz pozwoli na maksymalne wykorzystanie zastosowanych przynęt. Jestem wielkim fanem łowienia tych ryb za pomocą przynęt silikonowych, które przy odpowiednim zastosowaniu pozwalają na nieograniczone możliwości kombinacji oraz sposobów ich wykorzystania. I właśnie dobór wędziska pozwala mi na wykorzystanie potencjału gumowych wabików, wpływając jednocześnie na powodzenie i skuteczność połowów.
Od kilku lat coraz częściej wśród moich kolegów wędkarzy spotykałem użytkowników jednoczęściowych wędzisk spinningowych, którzy na wszelaki sposób przekonywali mnie o ich wyższość nad dwu składami. Dlatego też tej jesieni postanowiłem sprawdzić możliwości legendarnych już wędzisk produkowanych przez amerykańską firmę, FENWICK, w która w swej ofercie posiada jednoczęściowe spinningi produkowane seryjnie.

Z kart historii – źródło www.fenwick.com.pl
Było to w 1952 roku w Kent, w stanie Washington, gdzie grupa pięciu biznesmenów będących jednocześnie zagorzałymi wędkarzami muchowymi, założyła firmę produkującą wędziska. Do ich wyrobu używali nowoczesnego jak na owe czasy włókna węglowego. Ta początkująca firma do budowy swoich innowacyjnych wędzisk wykorzystała domowy garaż przyjaciela, tuż przy jeziorze Fenwick, nieopodal Kent. Założyciele stwierdzili, że ich początkująca firma utożsami się z nazwą jeziora, przy którym będą powstawały ich wędziska. Była to chwila, w której narodziła się marka Fenwick.

Gdy w 1960 roku rodzina Clock wykupiła firmę Fenwick, nastąpiła pewna zmiana w postaci pojawienia się ogólnokrajowej dyscypliny sportowej o nazwie „Bass fishing”. Pełen entuzjazmu, dynamiczny Lider Phil Clock szybko uchwycił panujący trend reorganizując firmę i przenosząc ją w 1967 roku do Westminster.

W 1968 roku Phil Clock wykupił wszystkie blanki od Don’a Green, zaś ten dołączył do firmy Fenwick. Od tego momentu firma z dwoma wybitnie utalentowanymi inżynierami pod przywództwem twórczego Phil’a Clock zbudowała pierwsze wędziska zaprojektowane wyłącznie dla team’u wędkarzy „Bass Fishing”. Z nowymi wędziskami, takimi jak słynne Lunkerstick™ Fenwick szybko zyskał olbrzymią reputację wśród wędkarzy, zarówno muchowych jak i spinningowych na całym świecie. Wniesiona przez Phil’a Clock twórczość, niezawodny instynkt, energiczna osobowość oraz przywództwo, doprowadziły do rozpoznawania marki na całym świecie. Fenwick stał się producentem najwyższej jakości wędzisk, przejmując prawie połowę światowego rynku. Początek lat 70-tych to okres, w którym pojawił się nowy, ekscytujący materiał, który był nie tylko lżejszy i dużo bardziej wytrzymały, ale również o wiele bardziej sztywny od włókna szklanego. Tym nowym odkryciem był grafit – materiał, na który wszyscy czekali.
W 1973 roku Fenwick stał się pierwszą firmą na świecie, która zaprojektowała, zbudowała i zaprezentowała w pełni grafitowe wędzisko – obecnie słynną na całym świecie serię HMG.
High Modulus Graphite to technologia, która nie tylko zrewolucjonizowała światową technologię wytwarzania wędzisk, ale również stała się właściwą drogą dla wędkarzy do dnia dzisiejszego. To między innymi, dlatego przez ponad pół wieku wędziska Fenwick były i zawsze będą rozpoznawalne na całym świecie jako najbardziej „przemyślane” wędziska na świecie -“the most thought – out fishing rods in the world.”

O produkcie słów kilka
Do testów wybrałem serię EliteTECH Walleye Jigging, w której skład wchodzą, trzy różne wędziska o bardzo podobnych parametrach jednak znacząco różniące się akcją. W ten sposób mogłem porównać ich możliwości i sposoby zastosowania, które zgodnie z opisem twórcy przeznaczone są właśnie do połowów sandaczy czy okoni na miękkie przynęty w opadzie czy metodą jigowania. I tak poszczególnie kije zostały opisane w następujący sposób:
Pierwszy z nich, to najlżejszych – bo zaledwie tylko 105 gramowy, model (EWS66ML-F), z oznaczoną mocą jako Medium/Light o długości 198 cm (6’6’’) oraz ciężarze wyrzutowym 3-18g i akcji Fast.
Drugi modelem reprezentującym serię Elite Tech, to 117 gramowy, z mocą opisana jako Medium (EWS66M-F), również o długości 198 centymetrów (6’6’’) oraz ciężarze wyrzutowym 3-21 gram, oznaczony akcją FAST.
Trzeci zaś i ostatni to również model Medium (EWS63M-XF), jest najkrótszym, bo tylko 190 centymetrowy (6’3’’), o ciężarze wyrzutu 3-21 gram, a jego akcja została opisana jako Extra Fast.

Wszystkie kije z tej serii jak podaje producent, wykonane są z wysoko modułowego grafitu High Modulus Graphite i multi laminatu Lay-up dla osiągnięcia optymalnej lekkości i uzyskania niesamowitej czułości blanku.
Wyposażone zostały również w wysokiej jakości przelotki Fuji Alconite, oraz praktyczny i ergonomiczny uchwyt kołowrotka Fuji VSS.


Na uwagę również zasługuje nowatorskie rozwiązanie rękojeści, które zostało wykonane w technologii T.A.C HANDLE. Korek ten jest znacznie wytrzymalszy od tradycyjnego a zarazem zapewnia doskonały i pewny uchwyt nawet przy najbardziej mokrych dłoniach.




Warte podkreślenia jest z pewnością również to, że producent zapewnia dożywotnią gwarancję Lifetime Limited of Warranty na całą serię Elite Tech jak również na nieco niższą, ale jakże słynną już serię HMG, która nie różni się wiele od opisywanej serii a jest równie ciekawa i atrakcyjna.
W tym miejscu należy jeszcze dodać, że Polski przedstawiciel Fenwicka firma PRO-FISHING gwarantuje, że wszelkie czynniki związane z gwarancją przy nabyciu wędziska w polskiej sieci sprzedaży są realizowane na miejscu w kraju, bez niepotrzebnej zwłoki czasu na odsyłanie towaru za ocean. Co najważniejsze wszystko odbywa się na koszt firmy (brak kosztów związanych z realizacją gwarancji).
Oczywiście każda wędka posiada swój miękki pokrowiec, na którym znajdziemy pięknie wyhaftowane logo. Na uwagę zasługuje również fakt, że całą serię zaprojektował jeden z najbardziej cenionych wędkarzy oraz projektantów wędzisk na świecie Hank Parker.

Fenwick w akcji
Wszystkie trzy kije wyglądają tak samo i gdyby nie minimalne różnice w długości oraz zupełnie innej akcji i mocy, którą daje się szybko wyczuć to praktycznie byłyby identyczne. Na blanku rozmieszczonych jest osiem, jedno stopkowych przelotek, Fuji Alconite i uchwyt do zaczepiania przynęt owinięty czarno – miedzianą omotką.





Korkowa rękojeść wykonana technologią T.A.C HANDLE, rzeczywiście zapewnia solidny i stabilny uchwyt, co sprawdziłem wielokrotnie wędkując mokrymi dłońmi. Również jego niejednolita, wyglądająca na nieco przybrudzoną konsystencja sprawia, że nawet po dłuższym korzystaniu nie widać na nim żadnych śladów normalnego użytkowania w przeciwieństwie do standardowego korka. Dolnik wykończony gumową końcówką, sprawia, że wędzisko nie przesuwa się po gładkich powierzchniach, podczas stawiania w pionie, co z pewnością zapobiega wszelkim niespodziewanym upadkom. Z pewnością dla podniesienia walorów estetycznych również umieszczono w nim logo Fenwick.


Jesień to czas spinningowych żniw, które scharakteryzować można jako ekstremalny poligon dla każdego elementu wędkarskiego wyposażenia. Poddawane wszelakim próbom wytrzymałościowym, praktycznie w każdych warunkach czy to pogodowych, czy warunkach, jakie wymusza łowisko i łowione ryby. Tak też, było w tym przypadku nie szczędząc wędkom bezwzględnych doznań uzbroiłem wszystkie trzy kije w kołowrotki średniej wielkości, na które nawinąłem plecionkę o średnicy 0,12.
W ten sposób również mogłem rzetelnie, porównać właściwości tych trzech wędzisk oraz z największą starannością, przeanalizować i porównać opis producenta z bezwzględną rzeczywistością.
Medium Light (EWS66ML-F) 6’6’’
198 centymetrowy Medium/Light to najdelikatniejszy z serii EliteTECH Walleye Jigging. Opisany jako 3-18 gram, o miękkiej i ciepłej akcji szczytowej, która już na „sucho” według mnie sklasyfikowana została jako rewelacyjny kij pod okonia i szczupaka, co również okazało się podczas testów.

Po kilkunastu rzutach trzy gramową główką, uzbrojoną w kilku centymetrową przynętę pokazał swoją czułość, a drgania przenoszone za jej pomocą na blank dawały mi poczucie komfortu i panowania nad przynętą. Podobnie zachowywały się przy kolejno zastosowanych cięższych główkach, aż do momentu, kiedy na kij założyłem 30 gram. Tutaj nieco wolniej zaczął się ładować, co przełożyło się na krótsze rzuty wykonywane tym ciężarem, do którego doliczyć musimy jeszcze wagę prawie dziesięcio centymetrowej przynęty. Ciężar 30 gram jest o 12 gram większy niż opisał to producent, jednak fakt możliwości dosyć sprawnego wyrzucenia tej przynęty świadczy, że kij ten ma ogromny zapas mocy.
Łowienie tak ciężką główką, na głębokości kilkunastu metrów było nieco trudne i w pewnym momencie nawet straciłem kontrolę nad przynętę. Jednak do wielkości 25 gram, przy głębokości około 20 metrów, miałem pełną kontrolę nad przynętą i sprawnie reagowałem na wszystko to, co się z nią dzieje.

Praktycznie wszystkie brania wykończone zostały pewnym i szybkim zacięciem, pokusiłbym się nawet o stwierdzenie, że część z nich dokonała się samoczynnie, co z pewnością jest zasługą, szybkości i tej miękkiej i ciepłej pracy w górnej części blanku – po prostu ryby same się wieszały. Największą frajdę miałem rozkoszując się holowaniem dużych ryb tym kijem, po prostu czysta przyjemność, którą mógłbym delektować się bez końca. Pod większymi szczupalami kij pokazywał swoje drugie oblicze, jego ugięcie zaczynało się powoli zwiększać, by przy holu prawie metrowego, jesiennego, walecznego szczupaka, osiągnąć maksimum pełnego ugięcia, szczególnie w końcowej jego fazie, kiedy przeogromny esox pokazywał, na co go tak naprawdę stać.
Medium (EWS66M-F) 6’6’’
Drugim wędziskiem reprezentującym serię EliteTECH Walleye Jigging, jest nieco mocniejszy Medium o tej samej długości, lecz o trzy gramy większym wyrzucie, wynoszącym według przeliczenia 3 – 21 grama. Niesamowita szybkość i moc, tak w dużym skrócie można scharakteryzować tą wędkę. Już po kilkunastu minutach zabawy, nieuzbrojonym kijem daje się zauważyć, że drzemią w nim pokłady mocy, która z pewnością pozwoli się wykorzystać w odpowiednim momencie. Kij ten również ma w sobie coś takiego, co ja nazywam „jadowitością”, a która po pierwszym kontakcie z tą wędką wróży bardzo przyjemne użytkowanie, szczególnie dla tej grupy spinningistów, która uwielbia zabawy z silikonowymi przynętami, a jej długość oraz krótki dolnik pozwala swobodnie wykorzystać możliwości każdej silikonowej przynęty, oczywiście w zależności od umiejętności łowiącego.

Wędkowanie tym kijem rozpocząłem jak w poprzednim przypadku od dolnej granicy wyrzutowej, czyli trzy gramowej wielkości główki. Na płytszych głębokościach, przynętę przy plecionce 0,12 wyczuwało się wyśmienicie, nieco inaczej było już przy większych głębokościach wahających się w granicach 10-15 metrów. Trzy gramowa główka wraz z kilku centymetrową przynętą na miękkim podłożu w opadzie była wyczuwalna bardzo minimalnie, jednak już siedmio gramowa główka z tą samą przynętą dawała się wyczuć przyzwoicie. Sam moment ataku praktycznie każdego drapieżnika, był bardzo wyraźny. A szybkość tego wędziska jak również umiejętności łowiącego powodują, że praktycznie 99% brań zakończonych zostało holem. Nawet jego duża sztywność, która związana jest z jego mocą, nie powodowała, że mniejsze ryby odbijały się czy spadały podczas holu. Tak jak w poprzednim przypadku postanowiłem również sprawdzić jego maksymalną moc wyrzutową. Zwiększając, co jakiś czas, ciężar główki doszedłem w końcu do ciężaru 45 gram, przy którym łowienie nie sprawiało większych problemów, a która dwukrotnie przewyższa zakładaną przez producenta. Fakt ten tylko potwierdza, że kije Fenwick mają ogromny zapas mocy jak również to, że z powodzeniem i raczej jednorazowo w nagłych przypadkach możemy śmiało używać nieco większych ciężarów. Co oczywiście jest jego dużym plusem, pokazując w ten sposób jego uniwersalność.

Miałem okazję przekonać się również o sprężystości blanku, podczas holu ogromnego, bo prawie, dziewięćdziesięcio centymetrowego sandacza, kiedy pełne ugięcie w czasie największej walki amortyzowało sztywny i siłowy hol.
Medium (EWS63M-XF) 6’’3’
Ostatnim z serii EliteTECH Walleye Jigging jest najkrótszy, 190 centymetrowy i zarazem najmocniejszy kij, o wybitnie szybkie akcji, którą naprawdę rzadko się spotyka w wędkach seryjnie produkowanych. Opisany zresztą został przez producenta jako Extra Fast, z gramaturą wyrzutu 3-21 .

Wiele rzeczy praktycznie można by powielić z jego nieco dłuższej wersji i również jak w przypadku jego poprzednika, kij ten świetnie pracuje z przynętami z nieco większą gramaturą, co nie dyskwalifikuje go do łowienia lżejszymi wabikami, które z powodzeniem można używać nawet na trzy gramowych główkach.

Stosowanie tych cięższych powinno być oczywiście sporadyczne i tylko w uzasadnionych przypadkach, jednak beż żadnego problemu i z taką samą skutecznością można łowić zarówno bardzo lekkimi jak również bardzo ciężkimi główkami, dochodzącymi z rozmiarem nawet do prawie 50 gram. Choć nieco krótszy, to jednak w równym stopniu można porównać jego pełne ugięcie, które pozwoli np. na stosunkowo siłowy hol dużego sandacza z dużej głębokości oczywiście przy zachowaniu parametrów wytrzymałościowych linki. Świetny kij do bardzo agresywnego prowadzenia, szczególnie dla tych wędkarzy, którzy mając świadomość swoich umiejętności maksymalnie wykorzystają jego niesamowity i ogromny potencjał, który charakteryzuje czułość, mega szybkość jak również duża dokładność.
Subiektywna ocena autora
Testowane przez ponad trzy miesiące amerykańskie produkty Fenwick zmuszają do refleksji, która nakazuje mi jednoznacznie stwierdzić, że jednoczęściowe spinningi w niedługim czasie zrewolucjonizują rynek wędkarski i spowodują, że staną się one podstawowym wyposażeniem przeciętnego wędkarza ceniącego sobie jakość, a w połączeniu z przystępną ceną ich popularność będzie z roku na rok coraz większa. Wspomniana przeze mnie cena w przypadku tych spinningów waha się w granicach 800 zł. Porównując ją z popularnymi ostatnio kijami robionymi na zamówienie w pracowniach, przy tej jakości blanku oraz uzbrojenia w przelotki, dolnik, jak również dożywotnią gwarancją w przeciętnej pracowni musiałaby wynieść, co najmniej jeszcze raz tyle, czyli około 1600 zł, co już dla większości wędkarzy jest murem nie do przeskoczenia.
Transport takiej jednoczęściówki wbrew pozorom nie jest w żaden sposób uciążliwy i nawet w najmniejszym samochodzie osobowym jest możliwość jej transportu bez jakichkolwiek problemów, mieszcząc się pomiędzy siedzeniami.
Ich znaczną przewagę nad dwu składami można określić czułością, której nie zakłóca nawet najlepsze łączenie dwóch części. Kolejnym atutem monoblanku jest brak przesztywnienia w miejscu łączenia. Poza tym, krótki i mocny dolnik, znacznie ułatwia wędkowanie, jak również wszelką prezentację i panowanie nad przynętą, co jest kolejnym argumentem na korzyści tych wędzisk.

Wędzisko w połączeniu z plecionką musi przekazywać mi wszystko to, co dzieje się z moją przynętą inaczej nie spełni swojego zasadniczego zadania. Czułość testowanych wędzisk pozwalała mi nadzwyczaj dokładnie rozróżniać miękkie zaczepy roślinne od twardego uderzenia o kamień a zupełnie inaczej było czuć „okoniowe branie z dwu taktu” czy też „sandaczowe kopnięcie”. Dobra wędka musi być przedłużeniem moje dłoni i tak też było w tym przypadku.
Od lat nie miałem styczności z firmą Fenwick, która wcześniej wielokrotnie zaskakiwała mnie ponad przeciętną marką swoich produktów, kiedy nabywałem, np. kije muchowe. Tym razem również pokazała się z najlepszej strony. Funkcjonalność, w połączeniu z nowoczesnym wyglądem – tak śmiało można określić serię EliteTECH Walleye Jigging. Wieloletnie doświadczenie Hanka Parkera, które zintegrowane zostało z perfekcyjnością produkcji dało oto produkt na miarę XXI wieku i kieszeń przeciętnego wędkarza.



































